Są filmy, o których się nie zapomina. Ale zdarza
się, że nie wiemy dlaczego o nich pamiętamy. Wiemy tylko, że były dobre… Tyle…
Tak było w przypadku Jestem numerem
cztery. Wiedziałem, że jest dobry. Nie wiedziałem dlaczego. Już wiem!
Otóż pooglądałem
dziś po raz drugi Jestem numerem cztery.
Po kilku latach. Nie pamiętałem praktycznie nic, a dzięki temu zaskakiwał mnie
bardzo pozytywnie.
Film opowiada
historię młodego chłopaka, który jest uciekinierem z planety Lorien. Ścigany
jest przez bezlitosnych Morgańczyków (choć ta nazwa nie utkwiła mi w głowie,
więc pewności nie mam czy tak się zwali). Trafia do małego miasteczka, gdzie
spotyka Sarę, dziewczynę w której się zakochuje. Oczywiście nasz bohater, John,
musi stawić czoła wyzwaniu i przeżyć.
Film jest
świetny i godny polecenia. Dlaczego? A dlatego, że został świetnie zrobiony.
Spójna, trzymająca w napięcia akcja. Wątki poboczne łączące się z głównym. No i
to co szczególnie dla pań może okazać się ważnym – wątek miłosny, zrobiony w
dość oklepany i banalny sposób, ale to jak czuje John jest pełne podziwu.
Trzeba dodać, że
film jest ekranizacją książki Pittacusa Lore'a, której sam nie czytałem, ale
jest u mnie w domu, więc za jakiś czas pewnie po nią sięgnę. Ciekawym jest, że
książka ma kilka tomów. A czy film ma dalsze części? Sam nie znalazłem.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz